FANDOM


To był deszczowy i nieprzyjemny dzień. wschodząceg o słońca nawet nie było widać, nieprzerwanie padała jednostajna mżawka i powiewał zimny wiatr. Ale i tak wszystkie zwięrzęta z Lwiej Ziemi gromadziły się pod ogromną skałą, by ujrzeć  swojego przyszłego władcę-jedno z trójki dzieci Kovu i Kiary.  Lwy ze stada królowej zajęły najlepsze miejsce na wysokich formacjach skalnych i szeptały podekscytowane między sobą.  najgłośniej zaś rozmawiali Babu i Boga.

- mówię ci, widziałem te lwiątka-mówił Boga- ale Kiara nie puściła pary z ust,  który z nich jest najstarszy.                   - zastanawiam się kiedy przyjdzie Rafiki-rozdrażniony moknięciem na deszczu Babu otrząsnął się z kropli.-chciałbym żeby to przetawienie już się zaczęło. nic dziwnego staruszek z wiekiem jest już trochę powolny..zachichotał złośliwie. Siedzący za nim stary brązowy Lew o szarej ze starości grzywie zgromił ich wzrokiem. -przepraszam, Tojo-wyjąkał szybko Babu-wyrwało mi się.  Tojo mruknął tylko. Za nimi siedziały też inne lwy i lwice. Była Tama, Chumvi i Kula-przyjaciele Nali z dzieciństwa. znajomych Simby również nie zabrakło. Nawet Mheetu przybył zza gór by znów spotkać się z przyszywanym bratem, Mtoto oraz inni dwaj kuzyni Simby  zajmowali najwyższe miejsca. Ekscytacja zwierząt byłą tym większa, że nikt oprócz Chumviego nie widział lwiątek. Stary lew został dopuszczony do Kiary by pomóc przy porodzie. teraz otaczała go gromadka innych dzieci ze stada.                    - Prooooszę, Chumvi-nalegał mały rudy lewek-powiedz. Rafiki chyba nigdy nie przyjdzie...                                               - IDZIE- krzyk Bogi zagłuszył jego dalsze słowa. stary pawian przeszedł przez tłum zwierząt, minął lwy i wszedł powoli na Lwią Skałę. Zamienił kilka słów z Kiarą i wszedł do jaskini. Wszyscy zadrżeli z niecierpliwości.

.............................................................................................................................................................................................................   Gdy tylko Rafiki znalazł się w grocie, ujrzał Kovu trzymającego w ramionach dwójkę maluchów. Jeden z nich, o płowej sierści, wyglądał dokładnie jak mały Simba przed laty, oprócz tego, że miał ciemnobrązowe plamki na czole. To lwiątko spokojnie spało i nawet nie drgnęło, kiedy Kiara je polizała. Drugie lwiątko było beżowe. również wyglądało na to, że jest pogrążone we śnie, ale gdy tylko matka je dotknęła, natychmiast otworzyło oczy i spojrzało zdziwione na pawiana. Niestety, kiedy Kiara zaczęła myć lwiątko, mały nadął policzki, zamknął ślepia i zaczął wrzeszczeć na całe gardło. Rafiki cofnął się, gdy  próbował go ugryźć.                         - Leo, Leoś-jęknęła lwica-bądźże wreszcie cicho.                                                                                                                jakby na przekór jej słowom lwiątko zaczęło wrzeszczeć jeszcze głośniej,tupać łapami  i drapać rodziców. w tym momencie Kiara straciła cierpliwość. Złapała Leosia za kark, usadziła go sobie między łapami i zasłoniła mu pyszczek łapą. Malec nadal wierzgał z całej siły i płakał, ale przynajmniej krzyki ucichły. Pawian westchnął. -Rafiki-powiedziała spokojnie Kiara- Sabo leży u Simby i Nali. nie chcą go nawet wypuścić. Nie martw się to grzeczne dziecko. nie to co Leoś-spojrzała groźnie na malca, który skulił się i zrobił duże oczy. Rafiki minął ich. Simba leżący w dalszej części groty  miał w łapach małą, puchątą, rudobrązową kulkę. Sabo leżał tyłem do małpy. Dziadek zmierzwił jego grzywkę językiem i lwiątko obudziło się. Po wykonaniu obrzędów nad lwiątkiem Rafiki położył sobie go na ramieniu i dał lekkiego klapsa, by go rozbudzić. wyczekujący widzowie unosili głowy, by dojrzeć malca w objeciach pawiana. W końcu nadeszła wyczekiwana chwila- małpa wysoko uniosła malucha wysoko, by każdy mógł go zobaczyć. Lwy wydały donośny ryk. słonie i antylopy kłaniały się.  Zebry stawały dęba, a ptaki wzbijały się w powietrze i szybowały nad głową małego księcia. radość była ogromna. Sam przyszły król przyglądał się temu wszystkiemu zdziwionymi oczami. Pisnął i podwinął łapki, gdy oświetliły go promienie słońca padające z nieba.  Z góry patrzył na niego Mufasa i uśmiechał się .  Mały Sabo ujrzał że lew z nieba mu się przygląda i odwzajemnił uśmiech. Rafiki opuścił lewka i podał go matce.                                   -moje maleństwo-powiedziała czule Kiara i wzięła go do pyska. Pawian był zaskoczony, gdy lwica zaczęła go lizać, a on leżał w jej ramionach zupełnie spokojnie. po chwili powieki zaczęły mu się kleić. lwiątko przewróciło się na drugi bok i zaczęło miarowo oddychać. Kovu zbliżył się do syna i przytulił głowę do jego małego ciałka. wyglął mizernie jak na najstarszego w miocie. I pewnie wszystko skończyło by się najzupełniej spokojnie. gdyby nie dziwny znak, jaki ukazał się później...



Kiara wydała westchnienie ulgi.  Leoś i Haki w końcu zasnęły. Tylko mały Sambo wpatrywał się w matkę wielkimi, lśniącymi oczami, ale w ogóle się nie naprzykrzał ani nawet nie popiskiwał. Kiara polizała go po brudnym od kurzu łebku.  ,,moje grzeczne dziecko" pomyślała i uśmiechnęła się, widząc jak mały bacznie obserwuje drgające wąsy matki. Z rozmyślań wyrwał ją odległy grzmot i błyśnięcie pioruna.                                     -Kovu, przypiluj go-podała drżące dziecko do swego partnera. Cicho, żeby nie zbudzić śpiących pociech, weszła na czubek lwiej skały. daleko nad wąwozem gromadziły się złowieszcze czarne chmury. Kiara wiedziała, że huragan może mieć fatalne skutki-już miała obrócić się i krzyknąć do Kovu, by przeniósł Sambo, Hakiego i Leosia głębiej do jaskini, żeby nie przestraszył ich hałas, ale coś przyszpiliło ją w miejscu. jakiś niepokój. jakby ktoś ją obserwował. ktoś...kogo znała. nie osobiście, ale z opowieści ojca i babki. Po prostu czuła, że to ON. spojrzała w niebo. nie myliła się. Przez kilka sekund, gdy błysnęła błyskawica, na niebie ukazała się twarz dawno zmarłego Skazy.  Lwica oskoczyła zdumiona, chociaż spodziewała się tego. Lew z nieba miał zasmuconą i współczującą twarz. Po chwili obraz zniknął, a odezwał się cichy, ale czysty głos pochodzący zewsząd:                                                                                                                                                                                        - Kiaro, twojemu dziecku przerażająca przyszłość. Jeżeli popełnicie błąd, jaki popełniał mój ojciec , gdy byłem młody, i jaki popełniała Zira, gdy ja już nie żyłem, stanie się tyranem i kłamcą.   Pamiętaj o tym, wnuczko.              - Które dziecko???-Krzyknęła Kiara w mrok. - Dlaczego mam ci wierzyć? Co masz w ogóle na myśli?                     ale wszystko zamilkło, duch Skazy nie odezwał się więcej. Lwica została sama na wietrze. A jej głowie kłębiło się setki myśli-a w większości występowały mroczne obrazy krwawych rządów...jednego z jej dzieci.

Minęło trzy dni, a Kiara zdążyła już zapomnieć o tamtym wydarzeniu, myślała o nim już tylko jak o śnie, zwidzie. Nie powiedziała nic o tym Kovu-wiedziała dobrze, że jej partner jednocześnie nienawidzi i bardzo kocha ojca.  Miała z resztą inne zajęcia na głowie. Na przykład pilnowanie lwiątek. Haki? nim w sumie nie trzeba było się zajmować. zawsze potrafił znaleźć sobie spokojne zajęcie na cały dzień. Takie jak chwytanie ogona ojca. Sambo? wiadomo, on zawsze był bardzo grzecznym dzieckiem. bawił się kamykami w jaskini, spał albo uczył się chodzić.  Młoda matka w ogóle nie przejmowała się, że malec może się oddalić albo coś zbroić-on nigdy tego nie robił. Ale Leoś...To już zupełnie inna sprawa. On raczkował już po całej grocie, i za nic nie chciał ustać w jednym miejscu dłużej niż minutę. Teraz właśnie zabrał się do ciągnięcia  wąsów ojca. Kovu westchnął.           - Leoś-ryknął mna niego niespodziewanie. maluch skulił się i cofnął.-uspokój się wreszcie.                                      - Leo podreptał gdzie indziej. ,,Nareszcie spokój" pomyślała Kiara. Ona przyglądała się Hakiemu, który właśnie popychał łapką kłębek kurzu. Sambo próbował chodzić, ale nie potrafił unieść tylnych łap. więc tylko ciągnał je za sobą po ziemi. Matka lekko go podsadziła. Lwiątko zrobiło trzy kroki i upadło. Kiara spodziwała się że będzie płakać, ale tak się nie stało. Sambo kichnąl tylko od kurzu, podniósł się i ty razem bez upadku doszedł do Kovu.  Pisnął uszczęśliwiony i wtulił się w jego grzywę. dumny lew przytulił go i polizał.                          -brawo-powiedział-będzięsz królem jak się patrzy. Kiaro, gdzie jest Leoś? Nie widzę go tutaj.                                   - Jak to nie ma???-spytała Kiara, oglądając się gorączkowo wokół. Kovu miał rację. w kącie bawił się Haki, On trzymał Sambo.  Leosia nie było. Matka hamując złość na najmłodszego syna, zaczęła nerwowo węszyć.  nie było wątpliwości-ślady wychodziły z jaskini. ,,o nie" pomyślała lwica.  Wyszła z jaskini i znalazła go. Lwiątko stalo na samym czubku Lwiej Skały i spoglądało w dół. Nachyliło się jeszcze bardziej. W każdej chwili mógł spaść. Ojciec był szybszy od Kiary. Wybiegł z groty i chwycił lewka.  Obydwoje odetchnęli z ulgą. Leo wyrywał się z uścisku Kovu i wymachiwał łapami. Lew wydał stłumiony pomruk wściekłości. Spojrzał na syna i warknął.        - Leoś, jak tylko wrócimy do środka, chyba obedrę cie ze skóry-mocno potrząsnął dzieckiem i wzmocnił chwyt.    - bez wątpienia zasłużył na kąpiel-Kiara wyszczerzyła się na malca, który na słowo ,,kąpięl" już zaczął popiskiwać. Kovu podał go swojej partnerce, która wniosła go do środka i usiadła na wysokiej skale. Bez ceregieli upuściła lewka. Łapą przytrzymała mu kark, żeby nie mógł się wyrywać, i zaczęła gruntownie myć mu grzbiet i  głowę. Mały krzyczał na cały głos. Ojciec zbliżył się do niego.    -ani się waż wrzeszczeć-ostrzegł go lodowato-bo pożałujesz. Złapał syna zębami za ucho i ciągnąl. Leo wrzasnął. Kiara postawiła go na ziemi.          - co za dziecko-mruknęła ze złością. Beżowy lewek siedział teraz w kącie i płakał.- musimy go tego oduczyć.

-MAAAAAAAMO, proszę-to było już ósme takie błąganie dzisiaj.-mogę iść do Boi? Będziemy grzeczni. naprawdę. -a czy ty kiedykolwiek byłeś grzeczny, Leoś?- parsknęłą Kiara-Boa to najgorszy łobuziak w stadzie. nigdzie nie idziesz. Jak zwykle zrobicie jakieś głuptwo i wpadniecie  w tarapaty. syn króla powinien być odpowiedzialny.         - Obięcuję-powiedział Leo-nie zrobimy nic głupiego. możesz na nas patrzeć z lwiej skały.                                          -  dobrze-powiedziała zmęczona Lwica-ale proszę, wróc za dwie godziny. idziemy wtedy na polowanie.                  - Jaaaasne, mamo-zgodził się lewek, słuchając już tylko jednym uchem. i już go nie było. Pobiegł na drugą stronę lwiej skały. Czekało tam lwiątko w jego wieku. było  ciemnobrązowe, z jasną grzywką.  To był  Boa.             - Cześć Boa-Przywitał się Leo.  Kolega spojrzał na niego z łobuzerską miną.                                                                   - Leo, chodź, coś ci pokażę- Szepnął.                                                                                                                                     - no dobra.                                                                                                                                                                                      wybiegli na równinę. ciągnęła się po horyzont.                                                                                                                       - za mną-rzekł krótko Boa.                                                                                                                                                           szli kawał drogi w milczeniu, w wysokiej trawie. Po półgodzinnej przechodzce brązowy lewek krzyknął, by stanęli.  Wyszli na trawiastą łąkę otoczoną baobabami. Pasło się tam wielotysięcznę stado antylop gnu.              - Chcesz się zabawić?- spytał cicho Boa- Spłoszmy je. będziemy mieć niezły widok, jak wbiegną do wąwozu.      -  Mój pradziadek zginął w ten sposób. To zły pomysł. a co jeśli ktoś tam jest?                                                               - kogo obchodzi twój pradziadek, on już dawno nie żyje. Do wąwozu też już nikt nie chodzi.                                         - Nieprawda.  W wąwozie mieszka inne stado lwów. Mama mi mówiła. a po za tym...co jeśli te antylopy j wywołają duchy? W tym wąwozie zginął pradziadek Mufasa, wuj Nuka, babcia Zira...                                                   - Doskonale. będziemy się świetnie bawić, patrząc jak to głupie lwie stado ucieka przed antylopami- Boa zrobił wredną minę. - a ty chyba nie wierzysz w duchy, co? ha, ha, ha, tchórz-zaśmiał się.                                                      - nie jestem tchórzem-ryknął Leo.-dalej, spłoszmy je. I wyskoczył na antylopy, kocięco na nie rycząc. Boa zrobił to samo. przerażone stado ruszyło w dół wąwozu. Dwa lwiatka popędziły na krawędź nad kanionem, by się temu przyglądać. Widok był niesamowity- tysiące bawołów pędziło bo skalnej ścianie w dół. Ziemia drżała. Wąwozem uciekało też coraz więcej lwów. Przodem biegł przerażony Sefu, za nim Tauro i Bora. LWice i lwy wyskakiwały ze skał, by uciekać przed oszalałym stadem. Zapanowała kompletna panika. Boa zaśmiał się. I w tym momencieLeo zauważył, że coś jest nie w porządku. Lwiątko wychyliło się, by popatrzeć w dół. Sefu niósł coś w pysku. To było...nowo narodzone lwiątko. W tym momencie potężne drganie ziemi zepchnęło Lea  w dół.  Spadał w dół jak kamień. wszystko wokół wirowało. Słyszał krzyki Boi, coraz bliższy tetęt setek kopyt.  Po chwili wylądował na grzbiecie pędzącej antylopy . wczepił się pazurami w jej grzbiet najmocniej jak umiał. wiedział, że jeśli teraz rozluźni uchwyt, zginie pod kopytami. Gnu na którym jechał wydało głośny wrzask i popędziło jeszcze szybciej. przerażone lwiątko zwisało jej z boku, ale podciągnęło się i z całej siły chwyciło. stado wciąż pędziło coraz szybciej i szybciej. Kurz i kamienie otoczył wszystko, wiatr smagał sierść lewka jak batem. Widział że stado przebiegało bo coraz bardziej osłabionych lwach z wąwozu. Dudniły  kopyta, spadały wielkie skały.  Antylopa nagle wierzgnęła i Leo wylądował na ziemi. skulił się najbardziej jak mógł, ale nic po za tym nie mógl już uczynić. widział antylopy przeskakujące nad nim. któraś go kopnęła, inna podeptała. jedna z silnych sztuk obniżył głowę i rogami wyrzuciła lewka wysoko w powietrze.  Ostatnie, co widział, to oddalające się stado i lwy z wąwozu, biegnące w przeciwnym kierunku. niektóre spoglądały na niego przerażone, ale nikt nie chciał go ratować. I wcale się temu nie dziwił. Później było już tylko twarde uderzenie o ziemię. zrobiło mu się ciemno przed oczami. a później nie było już nic.

-Leo?  - cienki, przerażony głos rozległ się nad nim-Leo, proszę, odezwij się...                                                              otworzył oczy. nad nim stał Boa.  A obok przerażeni lwoziemcy, w tym Kiara i Kovu.                                                       - na wszystkie świętości, on żyje-krzyknął ulgą Chumvi, stojący z tyłu.                                                                               Leo obrócił lekko głowę. cały jego bok by rozoramy i zakrwawiony. z uszu rownież ciekła mu krew. na brzuchu i piersi miał czerwone pręgi, a na ziemi leżało kilka jego wybitych zębów.                                                                          - nie ruszaj się synku-powiedział drżącym głosem Kovu. - wszystko będzie dobrze. Rafiki już idzie.                          - Słyszę coś-szępnął Babu-ktoś...płacze?                                                                                                                                - Boga wyjrzał za skalny występ. leżał tam lwi noworodek. Płakał żałośnie. Jego tylne nogi leżały bezwładnie, zmiażdżone od kopyt. Malec próbował się ruszyć ale nie mógł. Babu delikatnie złapał go za grzbiet i podniósł.     -biedny mały-szepnął wzruszony młody lew. cicho, cicho...                                                                                                   Przy Leosiu był już Rafiki . Wziął poturbowane lwiątko na ręce.  Kovu i Kiara przejęli sie widokiem rannego noworodka. Lwica położyła go so sobie na plecach. Ten nie miał nawet siły płakać.                                                    - trzeba będzie go przygarnąć-rzekła-obawiam się, że już nigdy nie będzie chodzić.  Leo, trzymany przez Rafikiego zaprzątała jedna   myśl. ,,To wszystko moja wina...." powtarzał.     Na samym końcu szedł milczący Boa.                                                                                                                                                                                                -co ja zrobiłem...-szeptał.                                                                                                                                                                       

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.